Welcome to Iceland

Sunday

Finally, the long awaited time to travel to Iceland had arrived. Surprisingly, I didn’t feel ready at all. I wasn’t sure what was waiting for me there, and I didn’t even feel particularly excited about the trip. But, as usual, life put wonderful people in my path. Already at the airport in Warsaw, I met a Ukrainian woman travelling with her daughter. They literally saved me by offering a ride from the airport to my hostel in Reykjavík.

The next morning, I woke up and immediately went to the corridor. Through the window, I saw an incredible view of the ocean, mountains and dramatic rock formations. It was my first real Icelandic wow moment. And breakfast? Well… let’s just say I was travelling on a budget. A protein bar and some Lidl crisps. I had to save my money for later! I also met some really lovely people at the hostel. Everyone seemed open, friendly and helpful.

After that, I set off on a walk along the coast. I didn’t really know where I was going, but I trusted my intuition. Somehow, it always takes me to interesting places. The coastline was beautiful. The wind was strong, but the sun was shining and there were hardly any clouds. What surprised me the most was how empty everything felt. I was walking without seeing almost anyone. Just a couple of cars on the road. Honestly, it was perfect.

After my long walk along the beach, I found a public library where I could warm up and escape the wind. There were lots of books in English, including several about Iceland, so I spent some time browsing them. I found a free bathroom and even got a free coffee with lactose-free milk. Things like that make you love Iceland even more. Warm and happy, I continued exploring Reykjavík.

I also stopped at Bónus, one of the cheaper supermarkets in Iceland. And honestly, the prices weren’t as terrible as I expected. It was almost like shopping in Żabka, so definitely manageable!

Later, we arrived at the place where our training was going to take place. It was a beautiful house with one very cute cat. Our coordinators were leaving for another project, so we were going to stay there on our own. They showed us what we could do in the area, including going to a swimming pool or watching the sunset.

Of course, we chose the sunset. We cooked dinner together and then went out to watch one of my favourite things during every trip, the sunset. And that was how my first wonderful day in Reykjavík came to an end.

Tuesday

The views along the way were beautiful, and we listened to good music while driving. Eventually, we arrived at our camp in the north of Iceland. There were a lot of people and it was quite chaotic, but my first impression was still positive. That evening, we had dinner together and made Polish pierogi, vegan style. Instead of cottage cheese, we used tofu. I had never tried them that way before, but honestly they were pretty good!

Later, we went out to chase the Northern Lights. Unfortunately, we couldn’t really see them with the naked eye. But when we took photos, they appeared in the sky. And just like that, our first real Icelandic camping adventure had begun.

Pierwsze dni na Islandii

Wersja polska

Niedziela

Nareszcie nadszedł upragniony czas wyjazdu na Islandię. Nie czułam się jednak na niego gotowa. Nie byłam pewna, co mnie tam czeka, a co najdziwniejsze, nie czułam nawet większej ekscytacji z powodu wyjazdu. Natomiast, jak zwykle, los postawił na mojej drodze wspaniałe osoby. Już na lotnisku w Warszawie poznałam dziewczynę z córką z Ukrainy, które dosłownie mnie uratowały i zaproponowały mi podwózkę z lotniska do mojego hostelu w Reykjavíku.

Ogólnie ceny na Islandii bardzo mnie przeraziły. Najtańszą, bezpieczną opcją, którą znalazłam i która była w miarę blisko centrum, był Hostel KEX, około 250 zł za osobę za łóżko w pokoju wieloosobowym żeńskim. Wybrałam właśnie tę opcję. Sprawdziłam również, że dojazd z lotniska do centrum kosztuje około 200 zł, jeśli korzysta się z transportu publicznego. Tym bardziej jestem więc wdzięczna losowi, że spotkałam tę cudowną osobę z Ukrainy, która po prostu mi pomogła. Dojazd do hostelu był bardzo spokojny i minął w przyjaznej atmosferze, Tesla, super muzyka i piękne widoki za oknem. Już wtedy poczułam, że ta podróż może być naprawdę wyjątkowa.

Poniedziałek

Następnego dnia rano obudziłam się i od razu wyszłam na korytarz. Przez okno zobaczyłam przepiękny widok na ocean oraz góry i formacje skalne w tle. Widok był naprawdę niesamowity. W hostelu poznałam też bardzo przemiłe osoby w hostelu. Wszyscy byli otwarci, pomocni i uśmiechnięci.

Wyruszyłam na wędrówkę wzdłuż wybrzeża. W zasadzie nie do końca wiedziałam, dokąd idę, ale wiedziałam jedno, moja intuicja zawsze prowadzi mnie w dobre, a przede wszystkim ciekawe miejsca. Spacerowałam wzdłuż naprawdę pięknego wybrzeża. Cały czas było słychać wiatr, ale niebo było prawie bezchmurne i świeciło słońce, więc pogoda wcale nie była tak zła, jak się spodziewałam.

Miałam na dziś zaplanowanych kilka atrakcji. Właśnie zmierzałam na zachodnią część miasta i kompletnie nie wiedziałam, co mnie tam czeka. Jedną z rzeczy, która od razu rzuciła mi się w oczy, była niesamowita pustka. Szłam już około 20 minut ścieżką dla pieszych i nie spotkałam praktycznie nikogo. Minęły mnie może dwa samochody. Tak małe natężenie ruchu i ludzi było dla mnie idealne.

Po wspaniałym spacerze wzdłuż plaży udało mi się znaleźć miejsce, w którym mogłam się trochę ogrzać i schronić przed wiatrem. Była to publiczna biblioteka. W środku znajdowało się mnóstwo książek, również po angielsku, co było dla mnie naprawdę świetne. Przejrzałam kilka książek o Islandii i mogłam trochę odpocząć. Oprócz tego udało mi się skorzystać z darmowej toalety i dostać darmową kawę z mlekiem bez laktozy. Takie rzeczy chyba tylko na Islandii!

Bardzo zadowolona i przede wszystkim ogrzana ruszyłam więc dalej odkrywać Reykjavík. Kolejnym punktem na mapie była słynna ulica Tęczowa. Ogólnie klimat był wspaniały. Ludzie uśmiechnięci, otwarci, zagadywali do mnie. Zupełnie inaczej, niż się spodziewałam, wręcz przeciwnie do stereotypów, które znałam. Na razie Islandczycy wydawali mi się bardzo otwarci i pomocni. Dookoła znajdowały się vintage shopy, małe sklepiki z biżuterią i maleńkie kawiarnie. Atmosfera była naprawdę przepiękna.

Weszłam też do sklepu z płytami, gdzie można było zobaczyć mnóstwo płyt winylowych. Dla miłośnika muzyki było to naprawdę świetne miejsce.

Następnie udałam się do kościoła Hallgrímskirkja, który był potężnym budynkiem wznoszącym się wysoko nad miastem. W środku był bardzo surowy, ale jednocześnie piękny. Teraz czekał mnie już tylko spokojny spacer w kierunku hostelu, godzina odpoczynku i spacer w miejsce spotkania z koordynatorką projektu. Zapomniałam jeszcze dodać, że weszłam również do jednego z tańszych sklepów spożywczych, który nazywa się Bónus. Ceny rzeczywiście były trochę jak w Żabce, więc da się przeżyć.

Następnie dojechaliśmy do miejsca, w którym odbywał się trening. Był to piękny dom z jednym uroczym kotkiem. Na miejscu okazało się, że będziemy sami, ponieważ nasze koordynatorki jechały właśnie na inny projekt. W swoim domu pokazały nam, co możemy robić w okolicy, między innymi pójść na basen albo wybrać się na zachód słońca.

Najpierw ugotowaliśmy wspólnie obiad, a następnie udaliśmy się na wspaniały zachód słońca, czyli moją ulubioną część każdej podróży. I tak zakończył się mój pierwszy, cudowny dzień w stolicy Islandii.

Wtorek

Poranne śniadanie z widokiem na konie. Spacer w piękne góry i sporo czasu spędzonego w całkowitej ciszy.

Po drodze do Siglufjörður odwiedziliśmy wygasły krater wulkaniczny, Grábrók. Był naprawdę ciekawy. Po drodze podziwialiśmy piękne widoki i słuchaliśmy fajnej muzyki. Na koniec dojechaliśmy do naszego campu, który znajdował się na północy Islandii.

Na miejscu było bardzo dużo ludzi i panował dosyć duży chaos, ale pierwsze wrażenie było całkiem pozytywne. Wieczorem mieliśmy wspólną kolację i robiliśmy polskie pierogi w wersji wegańskiej. Zamiast twarogu dodaliśmy tofu. Nigdy wcześniej takich nie jadłam, ale w sumie było całkiem spoko!

Potem, pełni energii, ruszyliśmy na podbój zorzy polarnej. Niestety na żywo zupełnie jej nie było widać. Dopiero na zdjęciach zaczęła się delikatnie pojawiać. To było niesamowite uczucie, wiedzieć, że coś jest nad nami, ale gołym okiem praktycznie tego nie dostrzegać.

I tak rozpoczął się pierwszy dzień naszego prawdziwego islandzkiego campingu. Zobaczymy, czy uda nam się to przetrwać!

Please follow and like us:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *